Unio! Reklamuj się

Mam wrażenie, że Anna Radwan nie polemizuje ze mną, ale ze zniekształconym wyobrażeniem tego, co napisałem. Wina, że tak się stało może leżeć po mojej stronie. Niewykluczone, że nie dość jasno wyartykułowałem swoje tezy. Spróbuję więc jeszcze raz. Zacznę od powtórzenia dwóch ostatnich zdania komentarza dla Instytutu Obywatelskiego. Kluczowych, bo podsumowujących:

"Bardziej intensywna i skuteczna forma werbalnej obrony Unii przed jej wrogami nie zastąpi reform. Ale „kupi” czas i społeczne poparcie, potrzebne by Unia mogła zmienić się i lepiej odpowiadać na potrzeby jej obywateli." (Całość tekstu tutaj)


Unia zaczyna przegrywać walkę o duszę Europejczyków z populistami. Frekwencja wyborcza spada, podobnie jak zaufanie do europejskich instytucji. Mieszkańcy UE odwracają się od wspólnoty plecami i zaczynają słuchać słodkich kłamstw anty-unijnych demagogów, bo nie widzą, żeby Unia działała w ich bezpośrednim interesie. Nie widzą w Unii „wartości dodanej”, nie widzą sensu utrzymywania politycznego poparcia dla projektu. Argumenty które Unia przez lata wykorzystywała na swoją obronę (jak choćby zapewnienie Europie Zachodniej najdłuższego okresu pokoju w historii) dziś już nie działają.

To, że korzyści nie widać, nie oznacza, że jednak, że ich nie ma! Nie widzimy fal radiowych (ba, niektórzy mogą nawet o ich istnieniu nie wiedzieć), a jednak dobrze nam służą.

Powiem brutalnie: przeciętni obywatele nie są zainteresowani wielogodzinnymi debatami. Spotykamy się z Anną Radwan na konferencjach i seminariach poświęconych sprawom europejskim od kilkunastu lat. Debatujemy o Unii w gronie mniej więcej tych samych osób od lat - a 99 proc. obywateli nawet nie wie, że te nasza debaty mają miejsce. Mimo że większość z nich jest otwarta dla publiczności, a organizatorzy wkładają wiele wysiłku w to, żeby zaprosić do uczestnictwa jak największą grupę.

I tu wkracza marketing. Unia musi się nauczyć do nich docierać ze swoim przekazem - i zamiast wymyślać koło na nowo, powinna naśladować sprawdzone dziesiątkami lat praktyki, stosowane przez marketing. Nikt (a na pewno nie ja) nie proponuje, by unijne instytucji kreowały fałszywy wizerunek, wprowadzały kogokolwiek w błąd. Prawda i tylko prawda. Kłopot w tym, że dziś o tej prawdzie nikt nie wie. A jak już się zorientowaliśmy, organizowanie kolejnej "debaty publicznej" tego stanu rzeczy nie zmienia.

Samo dotarcie do obywateli z informacją (już nawet nie ich przekonanie) zaczyna być wyzwaniem, któremu instytucje unijne nie umieją sprostać, mimo dużych wydatków na cele związane z promocją i informacją.

I właśnie dlatego warto sięgnąć po sprawdzone metody. Paradoksalnie tam, gdzie UE już teraz je stosuje, widać efekty. Czy nigdy się Państwo nie zastanawiali, że jednym z powodów, dla których poparcie dla UE wśród Polaków bije europejskie rekordy może być to, że Unia jest w Polsce fizycznie widoczna na każdym kroku? Że unijna tabliczkę widać co sto metrów, jak nie na nowej drodze, to w miejscu pracy? Albo odnowionym teatrze? Unia w Polsce ma smak i wygląd modernizacji, nowoczesności. Nie chcę, żeby Unia reklamowała się dokładnie tak jak proszek do prania, bo Unia nie jest proszkiem do prania. Chcę, żeby Unia komunikowała się równie skutecznie jak proszek do prania. Możliwości jest masa, ale biznes wszystkie już chyba przećwiczył – więc nie próbujmy na nowo Ameryki odkrywać. Nie każda forma reklamy to godny pożałowania gniot, nie bójmy się tego narzędzia.

Ponieważ już raz odwołałem się do przykładu rynkowego (nie widząc w tym nic zdrożnego), uczynię to ponownie. Otóż dziś Unia Europejska jest jak firma, która tworzy bardzo dobry produkt (jeśli porównać go z ofertą konkurencji), ale go nie reklamuje. Wychodząc z założenia, że skoro produkt jest niezły, to kupujący sami się znajdą. Obawiam się, że daleko na tym założeniu nie zajedziemy.
Trwa ładowanie komentarzy...