O autorze
Współpracownik Instytutu Obywatelskiego, doradca PO RP, były wiceminister rozwoju regionalnego, był też rzecznikiem polskiego przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej, w l. 1998-2011 dziennikarz „Gazety Wyborczej”

Dzieci nie rozumieją różnic

Czy publiczne przedszkole powinno być miejscem, w którym cztero- i pięcioletnie- maluchy uczą się, jak smakuje różnica w zamożności rodziców

Nie tak dawno temu, i bynajmniej nie w odległej galaktyce, media relacjonowały oburzenie rodziców na zbyt drogie przedszkola. Stawki za dodatkowe godziny opieki przedszkolnej (ponad 5 godziny ustawowo „darmowych”) ustalały samorządy – ale złość obywateli przelewała się na rząd. Wiadomo – #winaTuska.
W odpowiedzi na protesty, rząd zdecydował się na radykalne posunięcie, zgodne z jego priorytetem pomocy rodzinie. Mimo trudnej sytuacji finansów publicznych, wygospodarował w budżecie dodatkowe 500 mln złotych na dotacje na wsparcie samorządów. W zamian za to samorządy miały obowiązek zagwarantować, że każda dodatkowa godzina pobytu dziecka w przedszkolu nie kosztuje więcej niż 1 zł.
Po wprowadzeniu zmiany wielu rodziców, zamiast płacić kilkaset złotych miesięcznie za przedszkole, zaczęłoby płacić np. 130 zł. Dla aspirującej klasy średniej z Warszawy to pewnie drobiazg, ale dla kilku milionów Polaków w mniejszych miastach i na wsi, różnica była zasadnicza. Niekiedy przesądzająca wręcz, czy dziecko do przedszkola w ogóle pójdzie.
MEN potraktował hasło „przedszkole za złotówkę” poważnie. Żadna godzina pobytu w przedszkolu nie mogła kosztować więcej niż 1 zł. Żadna – a więc także ta w ramach zajęć dodatkowych.
I tu pojawił się „problem” (cudzysłów użyty nieprzypadkowo). W nowym systemie w przedszkolach nie można już organizować dodatkowych zajęć, dodatkowo opłacanych przez rodziców – oczywiście tylko tych, których na to stać. Rodzice, którzy opłacali swoim dzieciom język angielski, zajęcia karate, rytmikę itp. – często za ponad 300 złotych miesięcznie – podnieśli larum.
Milczeli za to rodzice tych przedszkolaków, które mogły tylko z zazdrością patrzeć na swoich 4 – 5-letnich rówieśników uczących się karate (bo rodziców nie było stać na dodatkowe zajęcia). Bo i co mieliby powiedzieć? Że było im przykro, że ich dzieci już w przedszkolu dowiedziały się, jak smakuje pochodzenie z uboższej rodziny?
Protesty rodziców przeciwko rzekomej likwidacji dodatkowych zajęć zrobiły się tak głośne, że prawie nikt nie zauważył (wyjątkiem była np. red. Aleksandra Pezda z „Gazety Wyborczej” http://wyborcza.pl/1,75968,14556744,Przedszkola_byly_za_drogie__teraz_sa_za_tanie.html ), że dodatkowe zajęcia… wcale nie zostały zlikwidowane. Więcej: rząd dał na nie budżetowe pieniądze, tak, by wszystkie dzieci (wszystkie!) w publicznych placówkach mogły z nich korzystać.
Przyjrzyjmy się liczbom. W okresie wrzesień-grudzień 2013 r. samorządy dostaną dodatkowe 0,5 mld zł dotacji. Ta suma jest podzielona na dwie części: 171,2 mln zł to rekompensata dla gmin za to, że koszt 1 godz. Opieki został ustalony na maksymalnie 1 zł. Pozostała część - 332,4 mln zł – to pieniądze, które MEN daje na, tu cytat, „rozwój wychowania przedszkolnego, w tym poszerzanie oferty przedszkoli (np. poprzez organizację zajęć dodatkowych) oraz tworzenie nowych miejsc wychowania przedszkolnego”.
Powtórzmy jeszcze raz: samorządy dostały pieniądze nie tylko na sfinansowanie opieki przedszkolnej za maksymalnie 1 zł, ale także na zajęcia dodatkowe. Jak policzyła wspomniana wcześniej Aleksandra Pezda, Białystok – po wyrównaniu większych kosztów spowodowanych obniżeniem opłat wnoszonych przez rodziców będzie miał z rządowej dotacji na czysto 1,3 mln zł. Poznań - 2,5 mln zł, a Kraków - prawie 5 mln zł. To są pieniądze, które samorządy powinny wydać na zajęcia dodatkowe, bo w tym celu zostały im one przekazane przez rząd. Co więcej, jak przypomina MEN, zajęcia takie jak np.: rytmika, taniec, zajęcia plastyczne są w podstawie programowej, które każde publiczne przedszkole powinno realizować obowiązkowo, a nie w ramach „zajęć dodatkowych”. Dotacja powinna być wydana np. na lekcje angielskiego dla przedszkolaków. Tym razem jednak mają to być lekcje angielskiego dla wszystkich przedszkolaków. A nie tylko tych, których rodzice mogli na to sobie pozwolić. Wiele miast już zaczęło takie dodatkowe zajęcia organizować – np. Warszawa, która na ten cel przeznaczy 10 mln zł.
Tak, to prawda, przedstawiciele klasy średniej w dużych miastach – którzy dziś protestują przeciwko odebraniu możliwości organizowania płatnych zajęć dodatkowych w przedszkolach – mają prawo uważać, że rząd Platformy Obywatelskiej zburzył ich dotychczasowe przyzwyczajenia, stosowaną od lat praktykę.
I jestem w stanie zrozumieć, że ci młodzi z wielkich miast są na rząd Platformy Obywatelskiej wściekli. Oto bowiem, ku ich zdumieniu, Platforma Obywatelska zdobyła się na odwagę i powiedziała, im w twarz: tak, jesteście dla nas kluczowymi wyborcami. Ale nie, nie jesteśmy Waszą własnością. Ważni dla PO są też inni mieszkańcy naszego kraju. Mniej zamożni, nie mieszkający w dużych miastach.
to nie znaczy, że przedstawicielom klasy średniej z dużych miast należy okazać lekceważenie. Zdecydowanie nie! MEN powinien teraz myśleć o znalezieniu dodatkowych rozwiązań, żeby rodzice mieli pewność, że ich dzieci dobrze (z korzyścią dla ich rozwoju) spędzą czas w przedszkolach. Być może kolejnym krokiem powinno być zwiększenie subwencji dla samorządów. Więcej będziemy wiedzieć w ciągu kilku miesięcy.
Trwa ładowanie komentarzy...