O autorze
Współpracownik Instytutu Obywatelskiego, doradca PO RP, były wiceminister rozwoju regionalnego, był też rzecznikiem polskiego przewodnictwa w Radzie Unii Europejskiej, w l. 1998-2011 dziennikarz „Gazety Wyborczej”

Budżet sam się nie wynegocjował

W skrajnie niesprzyjających warunkach, w środku najgłębszego kryzysu gospodarczego całej Unii, polski rząd wynegocjował największe w historii kwoty transferów z budżetu UE. I obronił korzystne zasady ich wydawania. Temu nie da się zaprzeczyć

Pierwsze co przyszło mi do głowy po lekturze felietonu Janusza Palikota to słowa prezydenta USA Lyndona B. Johnsona: „If one morning I walked on top of the water across the Potomac River, the headline that afternoon would read: 'President Can't Swim.” W wolnym tłumaczeniu słowa amerykańskiego prezydenta sprzed kilkudziesięciu lat brzmiałyby: „Gdybym pewnego poranka przespacerował się po Potomaku, to już w południe prasa napisałaby, że «prezydent nie umie pływać» ”.



Tak samo jest ze stawianiem przez przewodniczącego Janusza Palikota tezy, że polski rząd tak w zasadzie nic specjalnego nie wynegocjował w budżecie Unii Europejskiej na lata 2014 – 20 i nie ma się czym chwalić. A to co wynegocjował, to należało się – jeśli dobrze rozumiem myśl przewodniczącego – z automatu. Czytaj: równie dobrze premiera Donalda Tuska mogłoby w Brukseli, na lutowym szczycie Unii, nie być.

Przypomnijmy podstawowe fakty.
Po raz pierwszy w historii nowy budżet Unii (ten na lata 2012 – 14) jest mniejszy niż poprzedni (2007-13). W warunkach najgłębszego w tym wieku kryzysu gospodarczego, państwa płatnicy netto (te, które w największym stopniu zasilają kasę w Brukseli) podjęły nieodwołalną decyzję o zmniejszeniu transferów. W tych skrajnie niesprzyjających warunkach Polska otrzyma jednak więcej pieniędzy niż w poprzednim budżecie, negocjowanym (przypomnijmy!) w czasie gospodarczej prosperity w całej UE.

Po drugie, Polska nie dostanie - jak pisze Janusz Palikot - 72,9 mld euro w ramach polityki spójności. Dostaniemy znacznie więcej. Ta w/w kwota obowiązywała tylko w negocjacjach: to były tzw. ceny stałe (bez uwzględnienia inflacji w UE). Faktyczne wypłaty – czyli to, co zostanie do Polski realnie przetransferowane po 2014 r. - będą dokonywane po „cenach bieżących”, czyli już z uwzględnieniem unijnej inflacji. W rzeczywistości więc Polska dostanie, uwaga, 82,3 mld euro z polityki spójności i 32,1 mld w ramach Wspólnej Polityki Rolnej. Różnica, przyznacie, Państwo, zasadnicza. Taka na dziesięć miliardów euro. Oczywiście, nie ma nic złego w posługiwaniu się kwotami z negocjacji (sam tak niejednokrotnie czyniłem), ale chyba wypadałoby poinformować czytelnika, że faktyczne wypłaty będą większe?

Przeliczając na naszą walutę, dostaniem około pół biliona złotych. W latach 2014 – 20 Polska stanie się największym odbiorcą funduszy unijnych w historii UE. Zdetronizujemy większą Hiszpanię i (znacznie większą) Francję. I nie jest tak, że ta kwota po prostu nam się należała i czekała na srebrnej tacy. W odróżnieniu od przewodniczącego Janusza Palikota, krótko przed zakończeniem negocjacji miałem zaszczyt towarzyszyć minister Elżbiecie Bieńkowskiej w tournée po europejskich stolicach. Spotykaliśmy się z przedstawicielami rządów, parlamentarzystami, przedstawicielami mediów i lokalnych, wpływowych organizacji pozarządowych i instytutów badawczych. Widzieliśmy, jak silna jest wola polityków w Szwecji, Niemczech czy Holandii, żeby budżet Unii (cały budżet, także politykę spójności!) ciąć, bo tego domagają się ich wyborcy. Widzieliśmy też jak mocno unijna polityka spójności była krytykowana, głównie z powodu błędów wykrytych w państwach południa Unii). Przekonywaliśmy naszych rozmówców, żeby na politykę spójności patrzyli przez pryzmat Polski, a nie innych krajów. Tłumaczyliśmy też, jak bardzo gospodarki zachodnioeuropejskie korzystają na polityce spójności – pośrednio i bezpośrednio.

Być może jakieś nasze argumenty okazały się skuteczne, bo ostateczna kwota redukcji budżetu unijnego 2014-20 jest daleko mniejsza niż to, co początkowo (w 2012 r.) proponowano w kilku stolicach. To się samo nie wynegocjowało. Owszem, obowiązujące ogólne zasady polityki spójności na pewno Polsce pomogły – ale równie dobrze mogły być „przyłożone” do mniejszego tortu.

Słusznie wskazuje przewodniczący Palikot, że nie tylko sumy się liczą – równie ważne są zasady ich wydawania. Tym bardziej zaskakujące jest, że w swoim felietonie ani słowem nie zająknął się o trzech kluczowych regułach, które polskiemu rządowi udało się obronić (jedną z nich uratował premier, w ostatnich godzinach szczytu w Brukseli): kwalifikowalności VAT-u, 85-proc. poziomu dofinansowania i rozliczania wydatkowania zobowiązań w okresie czterech lat. Szczególnie istotny był VAT: na początku negocjacji Komisja Europejska oraz duża grupa państw członkowskich (płatników netto) sprzeciwiała się, by polskie samorządy mogły finansować ten podatek z dotacji unijnej (gdy samorząd buduje drogę, to musi zapłacić wykonawcy prac fakturę razem z VAT-em, którego nie może odzyskać, bo sam nie jest płatnikiem VAT-u). Dlaczego Bruksela krzywo patrzyła na kwalifikowalność VAT-u? Łatwo zrozumieć: w ten sposób spora część unijnej dotacja jest transferowana wprost do budżetu państwa.
Likwidacja tej zasady miałaby jednak katastrofalne skutki, bo de facto zwiększałaby koszty własne samorządu przy realizacji projektów dofinansowanych z budżetu UE. Rządowi eksperci oszacowali, że ten dodatkowy koszt dla samorządów (gdyby „kwalifikowalności VAT-u nie udało się obronić) wyniósłby siedem miliardów euro! Na szczęście, po długich i ciężkich negocjacjach, udało się „kwalifikowalność” zachować. Tak samo jak zasadę, że aż 85 proc. wartości projektu może być finansowane z budżetu UE. To się, panie przewodniczący, samo, z automatu, nie wynegocjowało.

Kończąc: nikt nie oczekuje (ja na pewno nie), że opozycja będzie chwalić rząd. Ale żeby na siłę deprecjonować pozytywne osiągnięcie? Panie Januszu, przecież my właśnie przespacerowaliśmy się po Potomaku…

PS. A tak przy okazji: Krzysztofie, serdecznie pozdrawiam, widzę że się napracowałeś!
Trwa ładowanie komentarzy...